
14 kwietnia 1981 roku Fiction wydała trzeci studyjny album The Cure zatytułowany „Faith”. Okładka albumu, autorstwa Porla Thompsona i Andy Vella przedstawia zdjęcie Bolton Abbey we mgle. Płyta jest postrzegana jako środek tzw. „Mrocznej Trylogii”, która rozpoczyna się płytą Seventeen Seconds, a kończy albumem Pornography. Jedna z piosenek, „The Drowning Man”, została zainspirowana powieściami Mervyna Peake’a opowiadającymi o Gormenghast. Na stronie B kasetowej wersji albumu pojawił się utwór „Carnage Visors”.
Robert Smith: Pierwotnie miała to być bardzo pozytywna płyta. A wyszła niesamowita. Stało się tak z powodów osobistych. Musieliśmy żyć z tą płytą przez rok, wyjeżdżaliśmy z nią w trasy – a jest to właśnie taka płyta, z którą nie powinno się tego robić. Przez rok mieliśmy stale obok siebie tę zgubną, pól-religijną muzykę. W pewnym sensie nosiliśmy ją wszędzie ze sobą jak wór pokutny i popiół. Nie był to zbyt przyjemny rok. Zawsze próbowałem robić płyty oparte na jednym pomyśle, wyrażające najpełniej pewną atmosferę. Jeśli chce się coś dokładnie zbadać, potrzebny jest do tego więcej niż jeden utwór. Dlatego lubię albumy Nicka Drakę’a czy Pink Floyd, takie jak „Ummagumma”.
Początkowe demówki, które nagraliśmy w jadalni moich rodziców, są nawet dość wesołe. Jednak później, w ciągu może dwóch tygodni, nastrój w zespole wyraźnie się zmienił. Napisałem „The Funeral Party” i „All Cats Are Grey” w jedną noc i one ustaliły klimat dla całej reszty albumu. Wiele osób z otoczenia zespołu nie reagowało dobrze na to, że nasza sława powoli rosła. Często spotykaliśmy się z przejawami zazdrości, nieprzyjemnymi uwagami i wyrzutami w stylu: „Zmieniliście się!” Oczywiście, że się zmieniliśmy, ponieważ nie przesiadywaliśmy już ciągle w tych samych pubach, ponieważ podróżowaliśmy po Europie. Straciliśmy więc dużo przyjaciół i na dobrą sprawę staliśmy się samotnikami. Spijaliśmy się wtedy do nieprzytomności i graliśmy te kawałki.
Brałem dużo koki podczas pracy nad tym albumem i towarzyszyła temu bardzo trudna i posępna atmosfera. Wszystko do czego się braliśmy, wychodziło nie tak. Miałem wiecznie czerwone oczy, gorycz w ustach, a „Faith” wyszedł zupełnie inaczej niż bym tego chciał. Pamiętam końcówke nagrywania w Abbey Studios i uczucie kompletnej pustki.
Recenzje albumu nie były zbyt pochlebne. Mike Nichols napisał w Record Mirror: Podczas gdy PIL nadal radykalnie zmieniają swoje przepisy gry, The Cure zagubili się w labiryncie bezcelowych wędrówek, pustych, płytkich, pretensjonalnych, bez żadnego znaczenia, zarozumiałych, pozbawionych serca i duszy.
Choć zdarzały się też pozytywne teksty… Adam Sweeting w Melody Maker napisał: Mocnym punktem „Faith” jest jego specyficzna atmosfera i bardzo dobra produkcja. Album jest posępny i jednocześnie uroczysty. Można się nim nie zachwycać, ale łatwo się od niego uzależnić.
Na brytyjskiej liście albumów, „Faith” dotarło do miejsca 14.
Lol Tolhurst: Styl życia The Cure podczas trasy nie był odpowiedni do pisania piosenek. Bardzo dużo materiału musieliśmy napisać w studiu. Kiedy dziś słucham „Faith”, nie wydaje mi się, aby był tak dopracowany jak „Seventeen Seconds”.
Robert Smith: Kiedy byliśmy w trasie promującej album, nastrój był bardzo ponury. To co robiliśmy, nie było najlepsze, ponieważ noc w noc pognębialiśmy się w tym posępnym klimacie, co naprawdę nas przygnębiało. Dlatego mam mieszane uczucia względem „Faith”.