W sobotę 3 stycznia, b.r., w bydgoskim klubie Over The Under Pub, po raz trzeci już, wystapiła Kuracja. Z nieukrywaną satysfakcją udałem się więc, w ten mroźny, styczniowy wieczór, na kolejny ich występ. Po przywitaniu się ze znajomymi, (serdeczne pozdrowienia dla Krzyśka, który przybył zza miedzy) oraz zakupieniu płynów rozgrzewających, pozostało już tylko czekać na początek koncertu. Chwilę po dziewiętnastej, kiedy dotarli wszyscy spóźnialscy, (prawie wszyscy, jak się później okazało), ruszyła lawina dźwięków.
Tym razem zespół zaplanował swój występ na dwa sety, a co najbardziej wzbudziło mój entuzjazm, to dobór kilku pierwszych utworów. Na przywitanie otrzymaliśmy Play For Today, po którym usłuszeliśmy motoryczny, pełen energii i pasji Primary, by z kolei dać się zaprowadzić w ciemny las, (A Forest) i wreszcie poddać falującym dźwiękom A Strange Day. Takiego początku zupełnie się nie spodziewałem, bo to trochę tak, jakby zespół zaczął koncert od bisu.
Następnie przyszedł czas na jaśniejszy w swoim przekazie Lovesong, po którym zadrżały wszystkie serca na sali, (Shake Dog Shake), natomiast po nim, dostaliśmy pierwszą niespodziankę tego wieczoru, czyli Drone. Nodrone., premierowe wykonanie na rozpoczynającej się właśnie w Bydgoszczy trasie koncertowej Kuracji na 2026 rok. Do dzisiaj nie przekonał mnie ten kawałek z ostatniej płyty The Cure, ale w wersji na żywo wypadł naprawdę dobrze. Gęste gitary, ściana dźwięku i przebijący się przez to wszyskto rozedrgany głos Mary.
Podczas pierwszego setu, zespół wspomniał o zmarłym w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia, Perrym Bamonte i zaprezentował jakźe wymowny One Hundred Years.
Po zagranych jeszcze w pierwszej części koncertu kilku utworach, (The Fragile Thing, Sinking, Disintegration), zespół udał się na krótką przerwę, a zgormadzeni mogli złapać chwilę oddechu.
The Same Deep Water As You, tak zaczęli drugi set. Po nim usłyszelismy Alone, a następnie Cold. Bas, perkusja i wokal Mary, czyli minimalizm brzmieniowy, który wywołuje gęsią skórkę podczas słuchania, A po Cold, druga z niespodzianek, czyli kolejna premiera – Burn. Świetnie ten utwór wypada na koncertach The Cure, bardzo dobrze wypadł też Kuracji. Temperatura w sali była już wysoka, kiedy zespół uraczył nas Never Enough, również, zagranym po raz pierwszy na scenie przez zespół. Gwałtowny, zadziorny, śwetnie brzmiący, czyli to co tygrysy lubią najbardziej. Do końca występu było już skocznie, radośnie, oczywiście z przymrużeniem oka, jak to w twórczości The Cure, więc nie zabrakło In Between Day, Friday I’m In Love, czy Boys Doń’ Cry. A finałowe dwa utwory, (kolejna niespodzianka, czyli Three Imaginary Boys) oraz monumentalny, podniosły niczym hymn, utwór Fight, rozgrzał wszystkich do czerwoności i dał dużo radości.
Było to moje trzecie spotkanie z Kuracją na żywo i po raz kolejny satysfakcjonujące. Słychać, że zespół cały czas się rozwija i poszerza repertuar, (vide: premierowe utwory) oraz czerpie bardzo dużo radości ze wspólnego grania na scenie. Mary wokalnie idzie swoją ścieżką i również, pozostawia bardzo dobre wrażenie, Wszystko to w komplecie z instrumentalnym kunsztem muzyków, sprawia, że niecierpliwie będę czekał na kolejne występy i spotkanie pod sceną.
s’the figurehead
