Nie spodziewałem się, że pogoda, będzie miała dzisiaj takie znaczenie w odbiorze tego koncertu. Mamy grudzień, za tydzień Święta Bożego Narodzenia, ludzie biegają, jakby ich stopy swędziały. Choinki, światełka, kolor, tylko śniegu brak i gdyby tak było, dzisiejszy koncert byłby jak przedwczesny prezent gwiazdkowy. Tymczasem pogoda jest taka, jakby nas miała wszystkich w dupie. To nie zima, to jesień i to w swojej najgorszej odsłonie w kolorach mokrej betonowej szarości.
Koncert The Cure w takich okolicznościach przyrody, to murowana deprecha. Na szczęście sala kinowa, to zamknięta czarna skrzynia bez okien wypełniona seniorami. Dziwne, aby tak nie było, kiedy zespół grał utwory, które mają po 45 lat!
Sala wypełniona prawie na full, co było zaskoczeniem, a seans późniejszy podobno komplet, wow! Koncert podzielony na etapy, pierwszy to ostatnia płyta w komplecie, utwory ciężkie, rozwlekłe, trudne w zestawieniu z pluszem kanap i kinowym ciepłem powodowały senność. Starałem się aby oczy były szeroko zamknięte.
Ruszyło z kopytka po przerwie – „Plainsong”, „Pictures of You”, „Lovesong” i przede wszystkim „Burn”, ach jak ja kocham ten utwór. Dźwięk o niebo lepszy niż ostatni kinowy depech, samo kręcenie koncertu w konwencjonalnej, klasycznej formule i bardzo dobrze.
W przypadku The Cure techniczne fajerwerki to byłaby jakaś profanacja i obraza majestatu. Koncert nabierał mocy i tempa z utworu na utwór. Zaczynałem zapominać o świecie zewnętrznym o kłopotach, troskach i stresie „Just Like Heaven” rozświetlił mrok.
O to właśnie chodziło, aby Robert i reszta przeniosła nas w inne miejsce za pomocą swoich utworów, bez udziwnień i ubarwień. Wszystkiego bym się dzisiaj spodziewał, ale nie tego, że będę miał ciary na całym ciele za pomocą: ” From the Edge of the Deep Green Sea. Absolutnie genialne wykonanie, zaangażowane, prawdziwe i zajebiście mocne: …never never never never never let me go she says
„At Night” i „M” to absolutne perełki, które można dostać tylko wtedy, kiedy koncert trwa prawie trzy godziny, gdzie oprócz hitów „The Walk” czy „Lullaby” jest właśnie miejsce dla takich rarytasów.
Emocji tego popołudnia jednak nie koniec, ciarki na drugą nóżkę, czyli „A Forest” Niby człowiek zna na pamięć, niby w tym lesie za cholerę nie sposób się zgubić, a jednak.
Ale to było wyborne, Robert i Simon połączyła ich gitarowa więź, historia, przyjaźń, pasja. Zagrali tak, jakby jutra miało nie być. Wspaniałe popołudnie i wiecie co, cholernie się cieszę, że mam bilet na ten Berlin 2026, to będzie prawdziwa muzyczna uczta.
Kto odpuścił wizytę w kinie, niech za karę napluje Mikołajowi w brodę.
