Pewnego wrześniowego dnia, dotarła do nas informacja o organizowanym przez Fozziego CureParty w Warszawie. Jako że już od dawna nic na taką skalę się nie działo w Warszawie, ani w Polsce, od razu wrzuciliśmy to jako wiadomość na naszą stronę. Po jakimś czasie dorzuciliśmy fragmenty z ich wystąpień, gdzie mogliście przygotować się na to, co 19 listopada nas czekało.
Postanowiliśmy z kumpelą wyjechać o 10:30, tak żeby być w Warszawie o 14. Ze względu na to, że następnego dnia musiała być na zajęciach, musieliśmy wrócić jeszcze tej samej nocy. Miałem nadzieję, że mimo wszystko uda nam się być na całym koncercie.
Warszawa przywitała nas mgłą. Nie do końca wiedzieliśmy, co będziemy robić przez 6 godzin dzielących nas od imprezy, mieliśmy w planach Zachętę i jeszcze może jakieś muzeum. Z pamiątkowych zdjęć przy Pałacu Kultury czy innych charakterystycznych miejscach, nic nie wyszło przez mgłę.
Z dworca udaliśmy się do Zachęty. Weszliśmy na wystawę o sztuce afroamerykańskiej. Kolejny dowód dla mnie, że jedyną sztuką, którą rozumiem (oprócz sztuki mięsa), to dzieła Moneta i ewentualnie socrealizm; cała reszta jest dla mnie abstrakcją… Była jeszcze druga wystawa, którą koleżanka chciała obejrzeć, ale była zamknięta. Później spacer przez wilgotną listopadową Warszawę z mżawką (idealna pogoda na The Cure – a ogród przy Pałacu Krasińskich – idealna sceneria do Hanging Gardens). Stare Miasto, wizyta w Pizza Hut, później Nowe Miasto, pogoń za Syrenką…. i nagle zrobiła się godzina 20:00.
Pojechaliśmy do Proximy. Pierwsze, co nam rzuciło się w oczy PRZED klubem, to pustki… i cisza… Niezrażeni weszliśmy do klubu, a w środku też było niewiele ludzi. Muzyka puszczona raczej kameralnie… Scena z instrumentami już gotowa. Umieściliśmy się w salce z ekranem, właśnie był puszczały set z Disintegration – Trylogii. Ja próbowałem znaleźć Fozziego, ale niestety nikt z obsługi nie był na tyle obeznany, żeby mi go pokazać.
No cóż, czekaliśmy jeszcze trochę, a nagle słyszymy dźwięki perkusji na żywo… Od razu ruszyliśmy do sali obok… Koncert się zaczął… Tym utworem rozpoczynającym, specjalnie dla nas było… „100 years”!!! Ale wersja The CUREheads nie do końca zrobiła na mnie wrażenie. W tym utworze gitarzysta miał całkiem spore problemy ze sprzętem, całe szczęście dość szybko naprawione. Co mnie uderzyło, przed sceną całkiem sporo osób, ale z luzami. Niektórzy mimo wszystko zostali przy stolikach, a nawet w salce z projekcją Trilogy.
Kolejne utwory grane przez zespół to: „Fascination Street”, „Short Term Effect” (po którym wokalista zaczął popisywać się polszczyzną?). Potem „The Hanging Garden”, którym zrobił wielką radość sporej części publiczności, „Pictures of You” dedykowane wszystkim, którzy tęsknią (łącznie z dziewczynami żołnierzy w Iraku). Dalej piosenka dla tych, którzy lubią pająki – czyli „Lullaby”, piosenka dla cierpiących na nieszczęśliwą miłość, czyli „Lovesong”, a potem zagrano „Play for Today”. Jest to jeden z moich ulubionych utworów The Cure, więc ucieszyłem się, co więcej było słynne „ooooooo” rozpoczęte (mniej więcej) w Paryżu… Ci, którzy chcieli, „wylali” razem z zespołem.
Szaleństwo w czasie „10:15 Saturday Night”, następnie przypomnienie „Primary”, „Let’s Go to Bed” – czyli utwór sprawdzający nasze zdolności taneczne, a później nastąpiła przymusowa przerwa, bębniarz po prostu był za silny i rozwalił sprzęt. W tym czasie wokalista zaczął improwizować… nastąpiło coś, co nazywam „Forever” – zaczęło się od „I can’t find myself” – co spowodowało, że serce mi na chwilę przestało bić, bo bałem się, że będą to grali, a nie cierpię utworów z nowej płyty. Trochę to potrwało, i całkiem mi się podobało.
Po przerwie zagrali „In Between Days” i „Just Like Heaven”, oba utwory rozruszały publiczność. Nastąpił bardzo miły moment koncertu, czyli „A Forest”… Już raz w tym roku słyszałem ten utwór na żywo, w Royal Albert Hall, ale wersja The CUREheads była taka, jaką oczekiwałem od The Cure. Czyli z długim wstępem, energiczną… pełną biegu (co zresztą niektórzy słuchacze uprawiali). Kolejnym utworem było „Boys Don’t Cry” – wyspiewane przez wszystkich.
Nie pamiętam, kiedy skończył się główny set, a kiedy zaczęły się bisy. W każdym razie zespół wychodził do nas 3 razy, co chyba świadczy o tym, że podobało się.
Grali jeszcze „Push” – kolejny utwór, który bardzo lubię, „A Night Like This”, „Killing an Arab” (nie zmienione na żadne „kissing”), „Friday I’m in Love”, a na sam koniec „Why Can’t I Be You”, tu już było szaleństwo po całej scenie. Pod koniec wplecione zostały słowa z paru tekstów, między innymi z „Lovecats”. I na tym koncert się skończył. Więcej razy nie zdołaliśmy wywołać Gary’ego, Seana i reszty.
Można podsumować koncert jako całkiem udany pod względem warstwy muzycznej, przywołujący wspomnienia z kwietnia. Parę niedociągnięć było jeśli chodzi o znajomość niektórych tekstów… Za to gesty i mimika Smitha – Gary Ash ma opanowane perfekcyjnie…
I cóż, można powiedzieć, że na tym impreza się skończyła. Oczywiście puszczona została muzyka, trwały projekcje, ale… nic więcej. Część Kjurczaków opuściła imprezę…
The CUREheads nie zachowali się jak Smith i spółka, lecz pozwolili zrobić ze sobą mnóstwo zdjęć, jak również po koncercie bardzo szybko pojawili się przy stolikach i socjalizowali się z resztą Kjurczaków. Ja w tym czasie porozmawiałem jeszcze z Ewą i Carlem z forum, oraz ich Depeszowymi znajomymi…
I tak zbliżała się godzina 0:40, kiedy trzeba było wyjść na pociąg. W zaskakująco szybki sposób znaleźliśmy się na dworcu i czekaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy…. Pociąg z Lublina był załadowany, ale udało nam się znaleźć wolne miejsca… Jako że ja nie szedłem do pracy, a koleżanka szła na zajęcia, czekała mnie nieprzespana noc…
Ogólnie cieszę się, że byłem, ale gdybym miał zapłacić 35 czy 45 złotych… to nie wiem, czy zdecydowałbym się. Mam nadzieję, że na następnym będzie więcej ludzi, będzie w mniejszym lokalu, ale z równie dobrą grupą…
NEVYN
