Robert Smith i spółka zagrali w Wilnie ponad dwie godziny, a publiczność otrzymała aż dziewięć utworów na bis.
Na ten koncert litewscy fani The Cure czekali od dziesięcioleci. W piątkowy wieczór, 7 sierpnia, brytyjska legenda po raz pierwszy w swojej historii wystąpiła na Litwie. Wileński Kalnų parkas wypełniła publiczność, która – jak zauważa dziennikarz LRT Ramūnas Zilnys – przyjechała nie tylko z sentymentu do muzyki sprzed lat, ale także po to, by zobaczyć zespół, który wciąż pozostaje niezwykle aktualny.
The Cure od pięciu dekad łączą elementy rocka alternatywnego, post-punku, new wave i gotyku. Zilnys zwraca uwagę, że ich muzyka nadal trafia do kolejnych pokoleń – od fanów pamiętających czasy kaset magnetofonowych po młodych słuchaczy, którzy odkrywają zespół dzięki współczesnym artystom.
Nie bez znaczenia pozostaje również sukces najnowszego albumu Songs of a Lost World, wydanego po 16 latach przerwy. Płyta spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem krytyków i przyniosła zespołowi pierwsze w karierze dwie nagrody Grammy.
2 godziny i 15 minut muzyki
Przed występem głównej gwiazdy publiczność rozgrzały litewskie zespoły Katarsis oraz Alina Orlova. Co ciekawe, artystów osobiście wybrał Robert Smith, który od lat słynie z dużego zainteresowania muzyką i wspierania mniej znanych wykonawców.
The Cure pojawili się na scenie około godziny 21. Jak podkreśla Zilnys, zespół słynie z wyjątkowej scenicznej wytrzymałości. W Wilnie koncert trwał 2 godziny i 15 minut, a sam bis obejmował aż dziewięć utworów, wśród nich Friday I’m in Love, Lullaby i Boys Don’t Cry.
Robert Smith, jedyny członek zespołu obecny w nim nieprzerwanie od początku istnienia grupy, został przywitany przez publiczność ogromną owacją. „Jego głos wciąż brzmi mocno i przekonująco – zamykając oczy, trudno uwierzyć, że mamy rok 2026, a nie 1986” – zauważa Ramūnas Zilnys.
67-letni wokalista ponownie udowodnił też, że nie potrzebuje rozbudowanej scenografii, aby przyciągnąć uwagę. Charakterystyczny wygląd, oszczędne gesty i przede wszystkim głos wystarczyły, by przez cały wieczór utrzymać kontakt z kilkutysięczną publicznością.
Gallup wrócił do zespołu
Dla fanów ważnym momentem był również powrót Simona Gallupa. Basista, który na początku letniej trasy miał problemy zdrowotne i został zastąpiony przez swojego syna Edena, w Wilnie ponownie stanął na scenie u boku Roberta Smitha.
Zilnys przypomina, że ostatnie miesiące nie były dla zespołu łatwe – w grudniu ubiegłego roku zmarł były klawiszowiec i gitarzysta Perry Bamonte, a problemy zdrowotne Gallupa dodatkowo wzbudziły niepokój fanów.
W Wilnie The Cure pokazali jednak swoją obecną, bardzo mocną formę. W repertuarze znalazły się zarówno utwory z Songs of a Lost World, jak i klasyki takie jak Pictures of You, High czy Lovesong. Zespół przez cały wieczór płynnie przechodził między przeszłością a teraźniejszością.
„Charakterystyczni, potężni, mocni” – tak podsumowuje występ autor LRT, dodając, że sam Smith zapowiedział powstanie kolejnej nowej muzyki.
Co ważne, na koncercie trudno było znaleźć przypadkowych widzów. Publiczność znała słowa niemal każdej piosenki, a atmosfera podczas całego wieczoru pokazała, jak długo litewscy fani czekali na możliwość zobaczenia The Cure u siebie.
Dla brytyjskiej legendy był to pierwszy koncert na Litwie, a Robert Smith podczas wieczoru przyznał: „To dla nas wyjątkowe”.
I trudno się z tym nie zgodzić – po niemal pięciu dekadach działalności The Cure wciąż potrafią przyciągnąć tysiące ludzi i sprawić, że ich muzyka brzmi tak, jakby czas zatrzymał się gdzieś pomiędzy 1986 a 2026 rokiem.
