Na pierwszy w historii koncert The Cure w Estonii fani czekali od dziesięcioleci. 9 sierpnia tysiące osób wypełniły Unibet Arena w Tallinie, a publiczność – jak zauważa Joonas Marten Abram, autor relacji opublikowanej w „Õhtuleht” – była wyjątkowo różnorodna. Obok fanów pamiętających lata 80. i 90. pojawiło się wielu młodszych słuchaczy.
Już kilka godzin przed koncertem okolice areny zapełniły się ludźmi ubranymi w charakterystycznym dla fanów The Cure stylu: dominowały czarne ubrania, skórzane kurtki, ciężkie buty i mocny makijaż. Gotycka estetyka zdecydowanie nie przeminęła. Autor zwraca uwagę, że choć największą grupę stanowili słuchacze w wieku 30–50 lat, w tłumie można było dostrzec także bardzo młodych fanów.
Jednym z nich była Laura, która od dawna chciała zobaczyć zespół na żywo. Wśród publiczności znalazł się również estoński aktor Ago Anderson, wieloletni fan The Cure. Wspominał, że po raz pierwszy zetknął się z zespołem dzięki fińskiej telewizji, kiedy w latach 80. odkrywał nowe dla siebie zespoły, takie jak The Smiths, Depeche Mode czy właśnie The Cure.
Jak zauważa Anderson, fenomen grupy nigdy nie ograniczał się wyłącznie do muzyki. Mroczny wizerunek, melancholia i charakterystyczna atmosfera stworzyły wokół The Cure całą kulturę, która przetrwała kolejne dekady.
Przed koncertem
Zanim na scenie pojawił się The Cure, publiczność miała okazję zobaczyć dwa zespoły supportujące – Duo Ruut oraz fińskiego akordeonistę Anttiego Paalanena. Ich występy wywołały jednak zupełnie różne reakcje. Spokojna muzyka Duo Ruut przypadła części publiczności do gustu, natomiast energetyczny występ Paalanena, uzupełniony o osoby w futrzanych kostiumach, wzbudził również pewne zdziwienie.
„Kto sprowadził tego klauna na scenę?” – miał skomentować jeden z młodych widzów.
Nie wszyscy podzielali jednak tę opinię. Autor relacji zauważa, że część publiczności szybko dała się porwać energii fińskiego muzyka.
„Jego głos się nie zmienił”
Chwilę przed godziną 21 atmosfera w arenie wyraźnie się zmieniła. Każdy ruch na scenie wywoływał aplauz, aż w końcu światła zgasły, a z głośników dobiegł dźwięk przypominający szum wody. Po chwili na scenie pojawili się muzycy, a jako ostatni wyszedł Robert Smith. Powitanie było ogłuszające.
Koncert rozpoczął się od Alone, utworu otwierającego najnowszy album Songs of a Lost World. W dalszej części wieczoru nie zabrakło zarówno nowych kompozycji, jak i największych klasyków – Lovesong, Friday I’m in Love czy Boys Don’t Cry.
Jednym z najważniejszych elementów koncertu okazał się głos Roberta Smitha. „Dokładnie ten sam głos jak na płycie” – stwierdził jeden z fanów cytowanych przez autora.
Joonas Marten Abram również zwraca uwagę na znakomitą formę wokalną Smitha. Po tylu dekadach jego głos nadal brzmi świeżo i charakterystycznie, jakby czas nie miał na niego większego wpływu. Jeden z fanów podsumował to bardzo trafnie: „Zamykasz oczy i masz wrażenie, że słuchasz starych nagrań”.
Sam Smith podczas koncertu pozostawał oszczędny w słowach. Po około godzinie powiedział jedynie: „Aitäh! Sorry, I don’t know your language”, po czym pozwolił, aby zamiast niego przemawiała muzyka.
„Warto było czekać”
Kiedy przed bisem zespół na chwilę opuścił scenę, nikt z tysięcy widzów nie ruszył w stronę wyjścia. Publiczność cierpliwie czekała, skandując i klaszcząc, aż muzycy ponownie pojawili się na scenie.
Finał należał do Boys Don’t Cry. Cała arena śpiewała razem z zespołem, a po ostatnich dźwiękach muzycy ukłonili się publiczności. Robert Smith pozostał na scenie nieco dłużej. Patrząc na tłum, skrzyżował ręce na piersi i powiedział tylko: „Thank you.”
Jak opisuje Joonas Marten Abram, po zakończeniu koncertu w arenie nie było typowego gwaru. Ludzie wychodzili spokojnie, jeszcze przez chwilę rozmawiając o tym, co właśnie usłyszeli. Melancholijny świat The Cure zdawał się pozostać z nimi jeszcze długo po zgaszeniu scenicznych świateł.
