The Cure zagrali największe przeboje, a Robert Smith wzruszył się przy „Just Like Heaven” – nostalgiczny i pełen humoru koncert na Øyafestivalen

Nostalgiczny, pełen humoru i emocji koncert The Cure na Øyafestivalen w Oslo

The Cure byli jedną z głównych gwiazd tegorocznego Øyafestivalen w Oslo, gdzie Robert Smith i zespół zagrali trwający około 2,5 godziny koncert, oparty przede wszystkim na największych utworach z niemal pięciu dekad działalności.

Jak zauważa Ellise Shafer z „Variety”, już pierwsze minuty występu pokazały Smitha z nieco innej strony niż podczas wcześniejszych koncertów. W trakcie rozbudowanego intro do Alone, otwierającego album Songs of a Lost World, wokalista stał przed wypełnionym tłumem i po prostu się uśmiechał. Zdaniem autorki w jego zachowaniu było znacznie więcej swobody niż podczas koncertu The Cure w Hollywood Bowl w 2023 roku, kiedy Smith często mówił o przemijaniu i własnej śmiertelności.

Tym razem – jak pisze Shafer – 67-letni frontman zdaje się bardziej akceptować upływ czasu i postanowił maksymalnie wykorzystać lata, które pozostały zespołowi. Smith wcześniej zapowiadał, że The Cure mogą zakończyć działalność w 2029 roku, w 50. rocznicę powstania grupy.

Przeboje, które nie straciły swojej siły

Po Alone muzycy natychmiast sięgnęli po klasykę. Pictures of You, następnie pełne energii High i śpiewane wspólnie z publicznością Lovesong stworzyły mocny początek koncertu.

Autorka zwraca uwagę na charakterystyczne dla The Cure połączenie pogodnej muzyki i melancholijnych tekstów. Smith przez cały wieczór pozostawał przy tym niezwykle ekspresyjny – nie tylko śpiewał, ale również odgrywał niektóre fragmenty piosenek.

Setlista, podobnie jak podczas większości tegorocznych festiwalowych występów, została oparta na sprawdzonej formule, ale znalazło się w niej również kilka niespodzianek, między innymi Alt.End oraz The Last Day of Summer.

Shafer szczególnie podkreśla formę wokalną Smitha. „Jak jego głos może wciąż brzmieć tak samo jak w 1979 roku, powinno się naprawdę zbadać” – pisze z uznaniem. Charakterystyczny, aksamitny wokal lidera The Cure pozostaje praktycznie niezmieniony, a cały zespół – z Simonem Gallupem, Rogerem O’Donnellem, Jasonem Cooperem i Reevesem Gabrelsem – brzmi niezwykle pewnie i precyzyjnie.

Robert Smith nie krył emocji

Najbardziej poruszający moment koncertu nastąpił po wykonanych jeden po drugim In Between Days i Just Like Heaven.

Kiedy wybrzmiały ostatnie dźwięki drugiego z tych utworów, Smith na chwilę zatrzymał się i otarł łzy z oczu. „To dziwna piosenka” – powiedział do publiczności, a jego głos wyraźnie się załamał. Po chwili dodał: „Co jakiś czas, ten ostatni fragment…”, po czym urwał i ponownie się uśmiechnął.

„Być może były to łzy szczęścia” – zastanawia się Ellise Shafer.

Emocje szybko ustąpiły jednak miejsca muzycznej energii. Play for Today i A Forest pozwoliły muzykom na dłuższe instrumentalne partie, a podczas tego drugiego utworu Smith i Gallup stanęli plecami do siebie. Później przyszło From the Edge of the Deep Green Sea, podczas którego wokalista jak zwykle mocno angażował się w interpretację tekstu.

Podstawową część koncertu zakończył Endsong – jedyny, obok Alone, utwór z Songs of a Lost World, który zabrzmiał tego wieczoru. Jak zauważa autorka, zestawienie go z kompozycjami powstałymi na przestrzeni kilkudziesięciu lat pokazało, jak spójnie nowy album wpisuje się w dyskografię zespołu.

„Goth fairy” na bis

Po krótkiej przerwie The Cure wrócili na scenę z aż dziesięcioma utworami na bis. I właśnie wtedy Smith pozwolił sobie na jeszcze więcej scenicznej swobody.

Podczas Lullaby odegrał scenkę, jakby tytułowy pająk rzeczywiście wspinał się po jego ciele, a na końcu udawał, że go zjada. W The Lovecats poruszał się jak kot, syczał i „drapał” powietrze, natomiast przy Close to Me odłożył gitarę i przemierzał scenę, podskakując i tańcząc.

„Skakał i tańczył jak gotycka wróżka” – obrazowo opisuje ten moment Shafer.

Na zakończenie Smith zapowiedział ostatni utwór z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru: „To nowa piosenka. Nazywa się Boys Don’t Cry.”

Po wcześniejszym wzruszeniu podczas Just Like Heaven finałowy utwór nabrał dodatkowego znaczenia. Gdy publiczność eksplodowała radością, skacząc i śpiewając razem z zespołem, Robert Smith stał na scenie z coraz szerszym uśmiechem.

Koncert w Oslo pokazał więc The Cure z obu stron: jako zespół zdolny do budowania niezwykle emocjonalnych momentów, ale także jako grupę, która po niemal pół wieku wciąż potrafi bawić się własną muzyką i scenowym wizerunkiem.

Opracowanie na podstawie recenzji Ellise Shafer opublikowanej w magazynie Variety. Oryginalny i pełny artykuł: Variety